08.02.2016 18:34:04
Nagle w schronie robi się jaśniej. Na niebie coraz większe fragmenty czystego błękitu. Wychodzę i 3 metry ode mnie, jak na wyciągnięcie ręki rozciąga się przepiękna tęcza, nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Jeden z Bułgarów, duży i silny, od razu wkłada kurtkę i plecak, żegna się i wychodzi. My jesteśmy znowu zdezorientowani. Czy to chwilowe przejaśnienie czy może dłuższe i zdążylibyśmy zejść do Kiriłowej Polany? Serbowie zaczynają zbierać manatki i mówią, że idą w dół. Serb przekonuje mnie, że ciężkie chmury odchodzą od nas i zaczyna się ładna pogoda. Trudno mi w to uwierzyć uwzględniając powtarzające się złe prognozy. Nie powinniśmy tu jednak zostawać, więc chyba warto zaryzykować, wykorzystać okazję i ruszyć razem z Serbami. Pakuję wszystkie metalowe rzeczy, aparat fotograficzny, lornetkę, komórki i elektryczną szczoteczkę do zębów głęboko do plecaka.
Wychodzimy. My znamy już drogę więc idziemy przodem. Staram się narzucić szybkie tempo marszu, bo choć niebo jest teraz zupełnie niespodziewanie czyste, z dala na horyzoncie znowu pojawia się biała czapa i nie wiadomo, co się z niej rozwinie w ciągu najbliższych dwóch godzin. Wąziutka i często dość stroma ścieżka jest całkiem podmokła i, co gorsze, śliska, chwilami wręcz zamieniła się w potok. Po pół godziny marszu i przedzierania się przez mokre krzaki jagód i kosodrzewiny mam już buty i spodnie całe nasiąknięte wodą.
Po ponad dwóch godzinach dochodzimy wreszcie na dół, przemoczeni ale szczęśliwi, że już bezpieczni.
Wita nas poznany już wczoraj Bułgar z baru, cieszy się, że wróciliśmy. Mówi, że na dole nie wyglądało to wszystko dobrze, piorun trafił nawet w jedną z gór i zapaliły się drzewa. Zamawiamy u niego przede wszystkim dwie rakije (po 100 ml), Kamenicę i Sprita, a do tego 4 kebabcze, 4 chleby z grilla i 2 sałatki szopskie, wszystko razem za 15 lewa. Przebieramy się w suche ubrania, zmieniamy opatrunki na stopach, najadamy się i uspokajamy. Barman zaprasza nas do małej świetlicy do środka, tam jest cieplej. Przysiadają się jeszcze Serbowie. Dzień był pełen wrażeń, więc tata wlewa w siebie kolejne rakije – tym razem już domaszni wyrób gościnnego barmana. Wreszcie każę tacie wstawać, musimy jeszcze przejść przez las 0,5 km do naszego kempingu, a robi się już ciemno.
Wolno, kulawo, z rozwieszonymi na plecakach mokrymi skarpetami, ale dochodzimy. Tata odnajduje uprawitela, ten nas prowadzi do pokoju, tego samego co wczoraj. Fakt, że ulokowani zostajemy w tym samym pokoju, umyka jednak tacie, w którego głowie wciąż silny jest szum rakiji. Nie chce się rozpakowywać, przekonany, że wciąż jesteśmy w pokoju uprawitela i dopiero czekamy, aż nas zaprowadzi dalej. Jednocześnie przykuwa jego uwagę ciekawy szczegół na dywanie, mianowicie resztka talku. W głowie taty narasta prawdziwe zdziwienie: czyżby uprawitel także używał talku do stóp? No cóż ... I z taką błogością ducha, pozwala się przekonać, że to nasz wczorajszy pokój, a talk to ślad po naszej porannej operacji przygotowywania stóp do długiej drogi. Idziemy spać, za oknem leje, a my zasypiamy jak niemowlęta.
Wychodzimy. My znamy już drogę więc idziemy przodem. Staram się narzucić szybkie tempo marszu, bo choć niebo jest teraz zupełnie niespodziewanie czyste, z dala na horyzoncie znowu pojawia się biała czapa i nie wiadomo, co się z niej rozwinie w ciągu najbliższych dwóch godzin. Wąziutka i często dość stroma ścieżka jest całkiem podmokła i, co gorsze, śliska, chwilami wręcz zamieniła się w potok. Po pół godziny marszu i przedzierania się przez mokre krzaki jagód i kosodrzewiny mam już buty i spodnie całe nasiąknięte wodą.
Po ponad dwóch godzinach dochodzimy wreszcie na dół, przemoczeni ale szczęśliwi, że już bezpieczni.
Wita nas poznany już wczoraj Bułgar z baru, cieszy się, że wróciliśmy. Mówi, że na dole nie wyglądało to wszystko dobrze, piorun trafił nawet w jedną z gór i zapaliły się drzewa. Zamawiamy u niego przede wszystkim dwie rakije (po 100 ml), Kamenicę i Sprita, a do tego 4 kebabcze, 4 chleby z grilla i 2 sałatki szopskie, wszystko razem za 15 lewa. Przebieramy się w suche ubrania, zmieniamy opatrunki na stopach, najadamy się i uspokajamy. Barman zaprasza nas do małej świetlicy do środka, tam jest cieplej. Przysiadają się jeszcze Serbowie. Dzień był pełen wrażeń, więc tata wlewa w siebie kolejne rakije – tym razem już domaszni wyrób gościnnego barmana. Wreszcie każę tacie wstawać, musimy jeszcze przejść przez las 0,5 km do naszego kempingu, a robi się już ciemno.
Wolno, kulawo, z rozwieszonymi na plecakach mokrymi skarpetami, ale dochodzimy. Tata odnajduje uprawitela, ten nas prowadzi do pokoju, tego samego co wczoraj. Fakt, że ulokowani zostajemy w tym samym pokoju, umyka jednak tacie, w którego głowie wciąż silny jest szum rakiji. Nie chce się rozpakowywać, przekonany, że wciąż jesteśmy w pokoju uprawitela i dopiero czekamy, aż nas zaprowadzi dalej. Jednocześnie przykuwa jego uwagę ciekawy szczegół na dywanie, mianowicie resztka talku. W głowie taty narasta prawdziwe zdziwienie: czyżby uprawitel także używał talku do stóp? No cóż ... I z taką błogością ducha, pozwala się przekonać, że to nasz wczorajszy pokój, a talk to ślad po naszej porannej operacji przygotowywania stóp do długiej drogi. Idziemy spać, za oknem leje, a my zasypiamy jak niemowlęta.
Bułgaria to raj dla górskich wędrowców

