11.03.2016 20:38:24
Jednak droga ta, tak wonna i wspaniała, okazuje się fałszywa. Urywa się, gubi na skraju lasu.
Okazuje się, ze znowu się zgubiliśmy, bo drogowskazy albo są w kupie, albo ich nie ma wcale.
![[Obrazek: BULGARIA%202009%20440.JPG]](http://ouh.home.pl/img/BULGARIA%202009%20440.JPG)
![[Obrazek: BULGARIA%202009%20441.JPG]](http://ouh.home.pl/img/BULGARIA%202009%20441.JPG)
![[Obrazek: BULGARIA%202009%20442.JPG]](http://ouh.home.pl/img/BULGARIA%202009%20442.JPG)
Tata zostawia plecak i idzie na poszukiwanie szlaku, ale nie znajduje. Cofamy się. Okazuje się, ze od przełęczy należało się kierować bardziej na prawo, bliżej słupów wysokiego napięcia. Wchodzimy w las i wychodzimy znowu na polanę, zboczem wzgórz. Zbocze to, czy grzbiet, Tata przetłumaczył z bułgarskiego jako grań, ale nie przypomina to wysokogórskiej grani. Jakieś 20 minut od schroniska ponownie gubimy szlak. Wyraźnie wyjeżdżona polna droga, którą się fałszywie zasugerowaliśmy, przez dłuższy już czas nie ma czerwonych oznakowań. Wracamy wyżej. Gdzieś po drugiej stronie polany mignęła nam jakaś postać parę minut temu, może to tamtędy wiedzie szlak. Tym razem to ja wyruszam na poszukiwanie. Zostawiam Tatę z plecakami i proszę, by mnie obserwował, żebym się gdzieś nie utopiła wśród drobnych wzniesień i wysokich traw. Rozkoszuję się drogą na przełaj przez łąkę wśród cudnie pachnącej fioletowej macierzanki. Znajduję jakąś nitkę przyklepanej trawy. Podążam nią w jedną stronę, dochodzę do lasu i widzę szlak z powrotem do wsi Mugła. Wołam do Taty, że jest jakiś trop. Ostrożnie cofam się ledwie widzialną nitką, idę w przeciwnym kierunku i w odległości 20 m dostrzegam oznakowanie. Ponownie wołam do Taty, że znalazłam nasz szlak. Tata zaczyna podchodzić z jednym plecakiem. Pilnuję wzrokiem miejsca, z którego ruszył, zawiązuje na krzaku moją niebieską chustkę, by mu zaznaczyć drogę, a sama zbiegam po łące w dół.
![[Obrazek: BULGARIA%202009%20439.JPG]](http://ouh.home.pl/img/BULGARIA%202009%20439.JPG)
Taki bieg wprost przed siebie, co tchu, przez łąkę to magiczny powrót do dzieciństwa. Wnoszę plecak z powrotem na górę, idziemy jeszcze 5 minut, zza drzew przed nami już wychyla się schronisko.
Okazuje się, ze znowu się zgubiliśmy, bo drogowskazy albo są w kupie, albo ich nie ma wcale.
Tata zostawia plecak i idzie na poszukiwanie szlaku, ale nie znajduje. Cofamy się. Okazuje się, ze od przełęczy należało się kierować bardziej na prawo, bliżej słupów wysokiego napięcia. Wchodzimy w las i wychodzimy znowu na polanę, zboczem wzgórz. Zbocze to, czy grzbiet, Tata przetłumaczył z bułgarskiego jako grań, ale nie przypomina to wysokogórskiej grani. Jakieś 20 minut od schroniska ponownie gubimy szlak. Wyraźnie wyjeżdżona polna droga, którą się fałszywie zasugerowaliśmy, przez dłuższy już czas nie ma czerwonych oznakowań. Wracamy wyżej. Gdzieś po drugiej stronie polany mignęła nam jakaś postać parę minut temu, może to tamtędy wiedzie szlak. Tym razem to ja wyruszam na poszukiwanie. Zostawiam Tatę z plecakami i proszę, by mnie obserwował, żebym się gdzieś nie utopiła wśród drobnych wzniesień i wysokich traw. Rozkoszuję się drogą na przełaj przez łąkę wśród cudnie pachnącej fioletowej macierzanki. Znajduję jakąś nitkę przyklepanej trawy. Podążam nią w jedną stronę, dochodzę do lasu i widzę szlak z powrotem do wsi Mugła. Wołam do Taty, że jest jakiś trop. Ostrożnie cofam się ledwie widzialną nitką, idę w przeciwnym kierunku i w odległości 20 m dostrzegam oznakowanie. Ponownie wołam do Taty, że znalazłam nasz szlak. Tata zaczyna podchodzić z jednym plecakiem. Pilnuję wzrokiem miejsca, z którego ruszył, zawiązuje na krzaku moją niebieską chustkę, by mu zaznaczyć drogę, a sama zbiegam po łące w dół.
Taki bieg wprost przed siebie, co tchu, przez łąkę to magiczny powrót do dzieciństwa. Wnoszę plecak z powrotem na górę, idziemy jeszcze 5 minut, zza drzew przed nami już wychyla się schronisko.
Bułgaria to raj dla górskich wędrowców

