Część XIII
Zawracam i wyjeżdżam z pogranicza, po drodze w najbliższym miasteczku, pokazuje paszport i pytam jak mam jechać dalej, w końcu ktoś pokazuje mi drogę. Jedziemy znowu mijamy ładne widoczki, drzewka, lasy i strumyki, świnki, krówki i koniki. Wpada mi do głowy pomysł całkiem odlotowy, może kupię jeszcze parę flaszeczek Nemirowa, skoro pan celnik nie znalazł mojego schowka na tylnym fotelu, to jak dołożę jeszcze parę butelczyn to się nic nie stanie
. Młody siedząc z tyłu miałby czego pilnować
. Ale szybko mi przechodzi, mając na uwadze to jak mnie trzepali przed chwilą na granicy odpuszczam. Może znajdzie się celnik bardziej kumaty, bardziej dociekliwy i co wtedy. Nie dość, że mi zabierze wódkę to jeszcze karę będzie chciał wlepić. Albo w łapkę będzie chciał dostać i po co mi to. Wystarczy towaru tyle co mam. W sumie ja nie piję
to po co mi więcej. Może dam jedną teściowi, tacie no i kumplom postawię a co z resztą może się zepsuć. Teraz już wiem co bym zrobił, zabrał bym na spotkanie Bulgaricusów i by jeszcze brakło. Ale cóż nie wpadło mi to wtedy do głowy – młody, głupi byłem.
Jedziemy dalej obserwując tablice drogowe, ale ni w ząb nie znam tych ich literek, staram się odtworzyć drogę, którą mi wskazali mieszkańcy miasteczka, ale zbytnio mi to nie wychodzi. Wydaje mi się, że przejście musi być gdzieś blisko, no i jest w oddali widzę wiatę i trzepoczące na wietrze flagi ukraińskie.
Podjeżdżamy bliżej i okazuje się, że jest to małe przejście, kilka samochodów przed nami. Takie przejście bardziej lokalne ale obsługują samochody – to dobrze.
Wszystkie pojazdy przed nami mają ukraińskie blachy. Idzie dość sprawnie, nic nie szukają, nie otwierają bagażników. Już zacieram ręce i mam nadzieję, że pójdzie szybko. Podciągamy powoli do przodu i w końcu nasza kolej, podjeżdżam. Celnik, wykonuje ręką gest stopu i gdzieś znika na kilka minut, chyba wezwały go siły wyższe. Po chwili wraca i bierze nasze paszporty i deklarację, ja tylko się zastanawiam czy mył ręce
. Scenariusz się powtarza... Pan pogranicznik każe nam zjechać na boczny pas i czekać. Po 15 minutach podchodzi jakiś celnik i każe otworzyć bagażnik zadając pytanie co przewozimy, czy mamy wódkę i papierosy. Ja ponownie wciskam bajery mówiąc, że nie mam wódki bo jadę na wakacje a papierosów nie palę. Znowu jakoś nie wierzy w moje szczere wyznanie i każe otworzyć bagażnik, ja ponownie szarpię się ze sznurkiem, uważając aby butelki leżące na tylnej kanapie nie brzdęknęły, ale idzie gładko bagażnik się otwiera a ja wyjmuję parę bagaży chwile grzebie i mówi, że dzisiaj nie pojedziemy. Co jest jak to nie pojedziemy? Pakuję znowu bagaże do samochodu upychając je ponownie kolanem. Torby nie chcą się ułożyć jakby krzyczały do mnie, kur...a, tu jest ciasno. Sam tu wleź i się ciśnij. Mocno trzaskam klapą, żeby docisnęła graty.
Celnicy sprawdzają nas w jakiejś bazie danych. Widać ewidentnie, że chcą łapówkę. Postanawiam, że im nie dam i proszę o rozmowę z kierownikiem. Czekając na niego, zastanawiam się czy kierowcy tych ukraińskich samochodów, które nas cały czas mijają, mieli w dokumentach wsadzone hrywny dla pana celnika. Rozmyślania przerywa mi chropowaty głos pana kierownika zmiany. Po dłuższej próbie dyskusji, mówię mu, że jak nas nie puszczą to dzwonię do Ambasady, bo nie będę tu stał do jutra, aż oni coś wyjaśnią. Wyciągam telefon i wybieram numer, kazał mi się wstrzymać, chwytając mnie za rękę. Oświadcza, że musi wyjaśnić sprawę. Sam się zastanawiam gdzie ja tak dobrze nauczyłem się rosyjskiego ale po chwili uświadamiam sobie, że mnie ręce bardzo bolą od pokazywania i gestykulowania. Przekonuję się że jednak nie znam rosyjskiego
.
Zawracam i wyjeżdżam z pogranicza, po drodze w najbliższym miasteczku, pokazuje paszport i pytam jak mam jechać dalej, w końcu ktoś pokazuje mi drogę. Jedziemy znowu mijamy ładne widoczki, drzewka, lasy i strumyki, świnki, krówki i koniki. Wpada mi do głowy pomysł całkiem odlotowy, może kupię jeszcze parę flaszeczek Nemirowa, skoro pan celnik nie znalazł mojego schowka na tylnym fotelu, to jak dołożę jeszcze parę butelczyn to się nic nie stanie
. Młody siedząc z tyłu miałby czego pilnować
. Ale szybko mi przechodzi, mając na uwadze to jak mnie trzepali przed chwilą na granicy odpuszczam. Może znajdzie się celnik bardziej kumaty, bardziej dociekliwy i co wtedy. Nie dość, że mi zabierze wódkę to jeszcze karę będzie chciał wlepić. Albo w łapkę będzie chciał dostać i po co mi to. Wystarczy towaru tyle co mam. W sumie ja nie piję
to po co mi więcej. Może dam jedną teściowi, tacie no i kumplom postawię a co z resztą może się zepsuć. Teraz już wiem co bym zrobił, zabrał bym na spotkanie Bulgaricusów i by jeszcze brakło. Ale cóż nie wpadło mi to wtedy do głowy – młody, głupi byłem. Jedziemy dalej obserwując tablice drogowe, ale ni w ząb nie znam tych ich literek, staram się odtworzyć drogę, którą mi wskazali mieszkańcy miasteczka, ale zbytnio mi to nie wychodzi. Wydaje mi się, że przejście musi być gdzieś blisko, no i jest w oddali widzę wiatę i trzepoczące na wietrze flagi ukraińskie.
Podjeżdżamy bliżej i okazuje się, że jest to małe przejście, kilka samochodów przed nami. Takie przejście bardziej lokalne ale obsługują samochody – to dobrze.
Wszystkie pojazdy przed nami mają ukraińskie blachy. Idzie dość sprawnie, nic nie szukają, nie otwierają bagażników. Już zacieram ręce i mam nadzieję, że pójdzie szybko. Podciągamy powoli do przodu i w końcu nasza kolej, podjeżdżam. Celnik, wykonuje ręką gest stopu i gdzieś znika na kilka minut, chyba wezwały go siły wyższe. Po chwili wraca i bierze nasze paszporty i deklarację, ja tylko się zastanawiam czy mył ręce
. Scenariusz się powtarza... Pan pogranicznik każe nam zjechać na boczny pas i czekać. Po 15 minutach podchodzi jakiś celnik i każe otworzyć bagażnik zadając pytanie co przewozimy, czy mamy wódkę i papierosy. Ja ponownie wciskam bajery mówiąc, że nie mam wódki bo jadę na wakacje a papierosów nie palę. Znowu jakoś nie wierzy w moje szczere wyznanie i każe otworzyć bagażnik, ja ponownie szarpię się ze sznurkiem, uważając aby butelki leżące na tylnej kanapie nie brzdęknęły, ale idzie gładko bagażnik się otwiera a ja wyjmuję parę bagaży chwile grzebie i mówi, że dzisiaj nie pojedziemy. Co jest jak to nie pojedziemy? Pakuję znowu bagaże do samochodu upychając je ponownie kolanem. Torby nie chcą się ułożyć jakby krzyczały do mnie, kur...a, tu jest ciasno. Sam tu wleź i się ciśnij. Mocno trzaskam klapą, żeby docisnęła graty.Celnicy sprawdzają nas w jakiejś bazie danych. Widać ewidentnie, że chcą łapówkę. Postanawiam, że im nie dam i proszę o rozmowę z kierownikiem. Czekając na niego, zastanawiam się czy kierowcy tych ukraińskich samochodów, które nas cały czas mijają, mieli w dokumentach wsadzone hrywny dla pana celnika. Rozmyślania przerywa mi chropowaty głos pana kierownika zmiany. Po dłuższej próbie dyskusji, mówię mu, że jak nas nie puszczą to dzwonię do Ambasady, bo nie będę tu stał do jutra, aż oni coś wyjaśnią. Wyciągam telefon i wybieram numer, kazał mi się wstrzymać, chwytając mnie za rękę. Oświadcza, że musi wyjaśnić sprawę. Sam się zastanawiam gdzie ja tak dobrze nauczyłem się rosyjskiego ale po chwili uświadamiam sobie, że mnie ręce bardzo bolą od pokazywania i gestykulowania. Przekonuję się że jednak nie znam rosyjskiego
.

