29.07.2015 14:18:17
Ostatni dzień pobytu zaplanowaliśmy równie intensywnie jak poprzednie. Wszak we Lwowie rzeczy godnych obejrzenia jest naprawdę dużo.
Pobudka, prysznic, pakowanie. Rzeczy zostawiamy w hostelu i ruszamy na dworzec zjeść śniadanie. Pielmieni i barszczyk ukraiński popity piwkiem to naprawdę smaczny i sycący posiłek. Z pełnymi brzuchami jedziemy tramwajem pod sam Ratusz. Głównym naszym celem było Wzgórze Zamkowe, ale po drodze zaliczyliśmy Arsenał, klimatyczny zakątek z zachowanymi średniowiecznymi murami obronnymi oraz Basztę Prochową.
![[Obrazek: pi-7fDOJ8cCVrFOciNlIn5fsE4Ew8WHqQjzzrFJ7...24-h685-no]](https://lh3.googleusercontent.com/pi-7fDOJ8cCVrFOciNlIn5fsE4Ew8WHqQjzzrFJ71Gw=w1024-h685-no)
![[Obrazek: niB2hLt7Uepnmtp-rm5dB--POJ91ZtqFnHmDXpXl...91-h711-no]](https://lh3.googleusercontent.com/niB2hLt7Uepnmtp-rm5dB--POJ91ZtqFnHmDXpXlcEY=w491-h711-no)
![[Obrazek: 6xKfZtUt-BucaiOaUtuhEdo9cqmFSn2SnsuZng5D...25-h711-no]](https://lh3.googleusercontent.com/6xKfZtUt-BucaiOaUtuhEdo9cqmFSn2SnsuZng5DcvM=w425-h711-no)
Samo podejście pod Wzgórze Zamkowe jest sporym wyzwaniem. Pierwszy etap wiedzie po stromych, metalowych schodkach na których ciężko wyminąć wolniejszych turystów. Później jest już łatwiej, ale i tak na sam szczyt człowiek wchodzi nieźle zmachany. Na szczęście panorama Lwowa rekompensuje wszystkie niedogodności.
![[Obrazek: ykZL9e2jI1qlVcdnF6dTr9yui7RhRtGH1z3N__3l...34-h711-no]](https://lh3.googleusercontent.com/ykZL9e2jI1qlVcdnF6dTr9yui7RhRtGH1z3N__3lsX0=w534-h711-no)
![[Obrazek: DPmHDBAcOTLVd8zVuYKM4De_z-tTijC4xpd-nCG0...24-h685-no]](https://lh3.googleusercontent.com/DPmHDBAcOTLVd8zVuYKM4De_z-tTijC4xpd-nCG0S-A=w1024-h685-no)
Po obowiązkowych fotkach zeszliśmy drugą stroną do Parku Zamkowego, a następnie starymi uliczkami w okolice Opery. Natknęliśmy się tam na niewielki bazarek z różnymi turystycznymi pamiątkami (największym zainteresowaniem cieszył się papier toaletowy z podobizną Putina). Oprócz typowych dla tego typu miejsc rzeczy, zastanowiła nas liczna grupa sprzedawców z koszulami, spódniczkami i spodniami w ludowe Ukraińskie wzory, która cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród miejscowych. U nas mało prawdopodobne by było żeby ludzie zakładali ludowe stroje i paradowali w tym po mieście. A szkoda.
Po obowiązkowych zakupach poszwędaliśmy się jeszcze po okolicy, zjedliśmy obiad i wróciliśmy po nasze rzeczy do hostelu. Jako, że po drodze wydaliśmy większość kasy w sklepie z alkoholem (0,7 czarnego Nemiroffa to koszt około 11 złotych) to na dworzec szliśmy równo obładowani, ale szczęśliwi
Wyszukanie marszrutki do granicy to już nie problem. Godzinka z okładem oraz wielka burza po drodze i jesteśmy w Szegini. Skoro zostało trochę kasy to w plecaku wylądowały jeszcze papierosy (3-4 złote za paczkę) i trochę słodyczy. Z lekką obawą przekroczyliśmy granicę (na szczęście obyło się bez kontroli) i taksówką wróciliśmy do Przemyśla, bo nie chciało nam się czekać na autobusik.
Była 19, więc kazaliśmy się zawieźć do schroniska PTTK, gdzie mogliśmy do odjazdu pociągu (dopiero o 3 w nocy) się lekko ogarnąć i przekimać. Oczywiście pokręciliśmy się jeszcze po starym mieście (godne zobaczenia) i po trzech godzinach drzemki ruszyliśmy na dworzec.
A dalej tylko 10 godzin jazdy do domu…
Reasumując - warto zobaczyć Lwów, warto pojeździć po zachodniej Ukrainie bo pięknych miejsc jest zatrzęsienie. Taki wypad kosztował nas ze wszystkim około 600 złotych na głowę (już z prezentami dla rodziny). Trzeba tylko trochę wcześniej zarezerwować pociągi (bo o kupnie przed odjazdem nie ma co marzyć) i tyle.
Jeśli nie zmieni się sytuacja to za rok planujemy Odessę. Pożyjemy, zobaczymy, opiszemy
Pobudka, prysznic, pakowanie. Rzeczy zostawiamy w hostelu i ruszamy na dworzec zjeść śniadanie. Pielmieni i barszczyk ukraiński popity piwkiem to naprawdę smaczny i sycący posiłek. Z pełnymi brzuchami jedziemy tramwajem pod sam Ratusz. Głównym naszym celem było Wzgórze Zamkowe, ale po drodze zaliczyliśmy Arsenał, klimatyczny zakątek z zachowanymi średniowiecznymi murami obronnymi oraz Basztę Prochową.
Samo podejście pod Wzgórze Zamkowe jest sporym wyzwaniem. Pierwszy etap wiedzie po stromych, metalowych schodkach na których ciężko wyminąć wolniejszych turystów. Później jest już łatwiej, ale i tak na sam szczyt człowiek wchodzi nieźle zmachany. Na szczęście panorama Lwowa rekompensuje wszystkie niedogodności.
Po obowiązkowych fotkach zeszliśmy drugą stroną do Parku Zamkowego, a następnie starymi uliczkami w okolice Opery. Natknęliśmy się tam na niewielki bazarek z różnymi turystycznymi pamiątkami (największym zainteresowaniem cieszył się papier toaletowy z podobizną Putina). Oprócz typowych dla tego typu miejsc rzeczy, zastanowiła nas liczna grupa sprzedawców z koszulami, spódniczkami i spodniami w ludowe Ukraińskie wzory, która cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród miejscowych. U nas mało prawdopodobne by było żeby ludzie zakładali ludowe stroje i paradowali w tym po mieście. A szkoda.
Po obowiązkowych zakupach poszwędaliśmy się jeszcze po okolicy, zjedliśmy obiad i wróciliśmy po nasze rzeczy do hostelu. Jako, że po drodze wydaliśmy większość kasy w sklepie z alkoholem (0,7 czarnego Nemiroffa to koszt około 11 złotych) to na dworzec szliśmy równo obładowani, ale szczęśliwi

Wyszukanie marszrutki do granicy to już nie problem. Godzinka z okładem oraz wielka burza po drodze i jesteśmy w Szegini. Skoro zostało trochę kasy to w plecaku wylądowały jeszcze papierosy (3-4 złote za paczkę) i trochę słodyczy. Z lekką obawą przekroczyliśmy granicę (na szczęście obyło się bez kontroli) i taksówką wróciliśmy do Przemyśla, bo nie chciało nam się czekać na autobusik.
Była 19, więc kazaliśmy się zawieźć do schroniska PTTK, gdzie mogliśmy do odjazdu pociągu (dopiero o 3 w nocy) się lekko ogarnąć i przekimać. Oczywiście pokręciliśmy się jeszcze po starym mieście (godne zobaczenia) i po trzech godzinach drzemki ruszyliśmy na dworzec.
A dalej tylko 10 godzin jazdy do domu…
Reasumując - warto zobaczyć Lwów, warto pojeździć po zachodniej Ukrainie bo pięknych miejsc jest zatrzęsienie. Taki wypad kosztował nas ze wszystkim około 600 złotych na głowę (już z prezentami dla rodziny). Trzeba tylko trochę wcześniej zarezerwować pociągi (bo o kupnie przed odjazdem nie ma co marzyć) i tyle.
Jeśli nie zmieni się sytuacja to za rok planujemy Odessę. Pożyjemy, zobaczymy, opiszemy

