22.11.2018 19:25:20
Dzień ósmy (wtorek). Nie śpieszyliśmy się za bardzo z pobudką. Byliśmy zatankowani i mieliśmy prosty wyjazd na autostradę A1 więc daliśmy dzieciom pospać. Mimo wszystko po 9tej trzeba było wyjechać żeby o rozsądnej porze dojechać do domu. A1 szybko zleciała i zaczęła się już nieco zatłoczona DN1. Za Aiud zorientowałem się że część samochodów (głównie ciężarówek) na rondzie odbiła w prawo i zauważyłem że po nowowybudowanej autostradzie odbywa się już ruch. Zanim się upewniłem że autostrada A10 faktycznie już jest otwarta byłem już za daleko za zjazdem. Na szczęście po kilku kilometrach był kolejny zjazd z którego skorzystałem i po chwili mknęliśmy nową, pustą autostradą. Później autostradą A3 do Gilău, i drogą DN 1 i DN 1J przeskoczyliśmy na DN 1F, na której ruch był już dosyć luźny. Oczywiście tankowanie na znanej już stacji w Zalau i dalej jazda w stronę Carei. Jednak po tankowaniu w Zalau wszyscy byli już głodni i zaczęliśmy szukać jakiejś restauracji po drodze. Wybór padł na
Pensiunea Elisabeth. Bardzo ładna restauracja. Gdy zajechaliśmy stołowali się w niej panowie policjanci, ale zjedli i szybko się ulotnili. Inni goście zamawiali tylko zupy, my chcieliśmy zjeść coś solidniejszego, ale po prawie godzinie czekania na nasze zamówienia zrozumieliśmy, że ci inni doskonale wiedzieli co robią zamawiając zupę która była dostępna "od ręki". Łukasz się w końcu wkurzył i zaczął robić awanturę, ale przyszedł szef i obiecał, że dania zaraz będą. I faktycznie do dziesięciu minut mieliśmy obiad na stole i trzeba przyznać że nawet smaczny. Po dłuuugiej przerwie obiadowej ruszyliśmy dalej. Na drodze nadal było luźno więc droga fajnie uciekała. W Carei wyprzedził nas jakiś Polak i widać było że nie pierwszy raz jechał tą drogą bo śmigał szybciej niż dopuszczalna prędkość i o ile nas nawigacja poprowadziła na wprost przez dziurawe centrum Carei, to on objechał gdzieś bokiem. Na granicy uwinęliśmy się w 10-15 minut. Na Węgrzech też było w miarę luźno, tylko w okolicy Nagykálló nawigacja trochę głupiała bo nie wiedziała, że pomiędzy drogą 4911 i 403 można przejechać między węzłami autostradowymi M3 bez opłat (niby wiedziałem o tym ale jadąc pierwszy raz człowiek nie jest do końca pewny i z duszą na ramieniu zjeżdżałem z węzła na M3). Do Kisvárdy też dotarliśmy szybko. Za Kisvardą spotkaliśmy patrol policyjny drzemiący w cieniu przydrożnych drzew. Kolejny dziwny patrol spotkaliśmy na granicy słowacko-węgierskiej w Pácinie (policjant dziwnie wychylał się za krzaków i obserwował kto jedzie) ale nas nie zatrzymywali, a po stronie słowackiej, dosłownie kilometr za granicą, kolejny patrol policji słowackiej. Tutaj mieliśmy trochę zamieszania bo policjanci skończyli kogoś kontrolować, wsiedli do radiowozu i zaczęli za mną jechać. Po chwili zorientowałem się też, że Łukasza nie ma za mną, a przede mną skrzyżowanie. Łukasz nie miał włączonej nawigacji więc żeby się nie pogubić musiałem gdzieś na niego zaczekać, ale trzeba było się zatrzymać tak żeby jadący za mną policjanci nie mieli pretekstu do zaczepki. Zatrzymałem się więc na czyimś mostku przy skrzyżowaniu, a policjanci stanęli kilkadziesiąt metrów dalej za skrzyżowaniem. Za chwilę dojechał Łukasz więc jak go zobaczyłem w lusterku ruszyłem przodem za wskazaniem nawigacji (niestety w stronę patrolu policji). Na szczęście policjanci albo nie mieli zamiaru nas zatrzymywać albo też się zamotali i nie zdążyli tego zrobić i spokojnie pojechaliśmy dalej.
Mieliśmy zaplanowane tankowanie na OMV w Slovenskim Novym Mescie, ale okazało się, że się im gaz skończył. Najbliższą stację z gazem znalazłem Slovnaft w Trebišovie. Nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale po tym tankowaniu zaczął mi się gaz wyłączać przy wyprzedzaniu. Po pewnym czasie w ogóle ciężko było jechać, ale powoli i delikatnie dotarliśmy Svidnika i samochód zaczął lepiej chodzić. Po drodze jeszcze w Stropkovie navi googli zmienił trasę i chciał nas prowadzić do Barwinka bocznymi drogami przez Makovce i Krajną Polanę. Zorientowałem się już za Stropkovem i musieliśmy się wrócić ok. 3 km. O zmroku podjeżdżaliśmy pod przejście w Barwinku. Co dało się zauważyć, to że kierowcy wjeżdżając do Polski dostają tzw. małpiego rozumu (nie wiem czy to z radości że już u siebie, prawie w domu?) i pędzą na złamanie karku. Przyznam się szczerze, że o ile za granicą starałem się trzymać przepisów i zazwyczaj w Polsce też nie szaleję, to i mi się udzieliła ta dziwna euforia na drodze (instynkt rywalizacji ???). Koniec końców szczęśliwie dotarliśmy do Rzeszowa około 21.30 i tak skończyła się nasza bułgarska przygoda.
Pensiunea Elisabeth. Bardzo ładna restauracja. Gdy zajechaliśmy stołowali się w niej panowie policjanci, ale zjedli i szybko się ulotnili. Inni goście zamawiali tylko zupy, my chcieliśmy zjeść coś solidniejszego, ale po prawie godzinie czekania na nasze zamówienia zrozumieliśmy, że ci inni doskonale wiedzieli co robią zamawiając zupę która była dostępna "od ręki". Łukasz się w końcu wkurzył i zaczął robić awanturę, ale przyszedł szef i obiecał, że dania zaraz będą. I faktycznie do dziesięciu minut mieliśmy obiad na stole i trzeba przyznać że nawet smaczny. Po dłuuugiej przerwie obiadowej ruszyliśmy dalej. Na drodze nadal było luźno więc droga fajnie uciekała. W Carei wyprzedził nas jakiś Polak i widać było że nie pierwszy raz jechał tą drogą bo śmigał szybciej niż dopuszczalna prędkość i o ile nas nawigacja poprowadziła na wprost przez dziurawe centrum Carei, to on objechał gdzieś bokiem. Na granicy uwinęliśmy się w 10-15 minut. Na Węgrzech też było w miarę luźno, tylko w okolicy Nagykálló nawigacja trochę głupiała bo nie wiedziała, że pomiędzy drogą 4911 i 403 można przejechać między węzłami autostradowymi M3 bez opłat (niby wiedziałem o tym ale jadąc pierwszy raz człowiek nie jest do końca pewny i z duszą na ramieniu zjeżdżałem z węzła na M3). Do Kisvárdy też dotarliśmy szybko. Za Kisvardą spotkaliśmy patrol policyjny drzemiący w cieniu przydrożnych drzew. Kolejny dziwny patrol spotkaliśmy na granicy słowacko-węgierskiej w Pácinie (policjant dziwnie wychylał się za krzaków i obserwował kto jedzie) ale nas nie zatrzymywali, a po stronie słowackiej, dosłownie kilometr za granicą, kolejny patrol policji słowackiej. Tutaj mieliśmy trochę zamieszania bo policjanci skończyli kogoś kontrolować, wsiedli do radiowozu i zaczęli za mną jechać. Po chwili zorientowałem się też, że Łukasza nie ma za mną, a przede mną skrzyżowanie. Łukasz nie miał włączonej nawigacji więc żeby się nie pogubić musiałem gdzieś na niego zaczekać, ale trzeba było się zatrzymać tak żeby jadący za mną policjanci nie mieli pretekstu do zaczepki. Zatrzymałem się więc na czyimś mostku przy skrzyżowaniu, a policjanci stanęli kilkadziesiąt metrów dalej za skrzyżowaniem. Za chwilę dojechał Łukasz więc jak go zobaczyłem w lusterku ruszyłem przodem za wskazaniem nawigacji (niestety w stronę patrolu policji). Na szczęście policjanci albo nie mieli zamiaru nas zatrzymywać albo też się zamotali i nie zdążyli tego zrobić i spokojnie pojechaliśmy dalej.
Mieliśmy zaplanowane tankowanie na OMV w Slovenskim Novym Mescie, ale okazało się, że się im gaz skończył. Najbliższą stację z gazem znalazłem Slovnaft w Trebišovie. Nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale po tym tankowaniu zaczął mi się gaz wyłączać przy wyprzedzaniu. Po pewnym czasie w ogóle ciężko było jechać, ale powoli i delikatnie dotarliśmy Svidnika i samochód zaczął lepiej chodzić. Po drodze jeszcze w Stropkovie navi googli zmienił trasę i chciał nas prowadzić do Barwinka bocznymi drogami przez Makovce i Krajną Polanę. Zorientowałem się już za Stropkovem i musieliśmy się wrócić ok. 3 km. O zmroku podjeżdżaliśmy pod przejście w Barwinku. Co dało się zauważyć, to że kierowcy wjeżdżając do Polski dostają tzw. małpiego rozumu (nie wiem czy to z radości że już u siebie, prawie w domu?) i pędzą na złamanie karku. Przyznam się szczerze, że o ile za granicą starałem się trzymać przepisów i zazwyczaj w Polsce też nie szaleję, to i mi się udzieliła ta dziwna euforia na drodze (instynkt rywalizacji ???). Koniec końców szczęśliwie dotarliśmy do Rzeszowa około 21.30 i tak skończyła się nasza bułgarska przygoda.

