04.02.2016 19:54:25
o biletach było poprzednio, to teraz trochę o samym transporcie. pierwsza i najważniejsza rzecz: podobno było coś takiego jak "rozkład jazdy", ale nikt nigdy żadnego, na żadnym przystanku nie widział. na przystanku przy numerze linii była za to podana godzina pierwszego i ostatniego odjazdu, którą należało traktować zdecydowanie nie jako odjazd "o" tylko odjazd "w porywach -/+ 10 minut". ktoś chcący zdążyć na ostatni autobus musiał celować jakiś kwadrans przed godziną namalowaną na słupku, tym bardziej, że coś takiego jak komunikacja nocna nie istniała. o godzinie 23 ruch zamierał, marszrutki po nocy też raczej nie jeździły, chyba że od wielkiego dzwonu w postaci świąt wielkanocnych, więc jak ktoś nie zdążył, to albo doginał do domu parę kilometrów z buta, albo brał taksówkę, co do tanich zabaw raczej nie należało (z centrum do mnie na obrzeża wychodziło jakieś 4 tys. lewa).
alternatywą dla transportu miejskiego były marszrutki. busiki jeżdżące po stałych wyznaczonych trasach, z numerami linii, a było ich coś ze 20, przypisanymi do tych tras, jeżdżące w kompletnie nieoznaczonych terminach. przyjechał, to był. startował z początku trasy dopiero albo jak się zapełnił, albo jak długo się zapełnić nie mógł i jednak wypadałoby już odjechać. cena za przejazd stała 500 lewa. szybsze od autobusów i można było z takiej wyskoczyć w dowolnym miejscu.
zawsze można też było liczyć w godzinach wieczornych i nocnych na prywatną inicjatywę podwożącą ludzi na łebka za cenę do dogadania. w dowolnej walucie wymienialnej również, aczkolwiek preferowane były dojczmarki. wychodziło sporo taniej od tych zawodowych. czasem jakieś tajnej akcji "policjant też człowiek" w ramach prywatnej inicjatywy można było również podjechać do domu radiowozem, o ile oczywiście punkt docelowy znajdował się w objeżdżanym rewirze. paliwo i tak służbowe, rewir objechany a i jeszcze było na śniadanie. zdarzyło mi się dwukrotnie, ale jak panowie usłyszeli dokąd chcę jechać, to stwierdzali, że jednak tak daleko nie mogą i niestety muszę poczekać na taryfę
sama jazda komunikacją miejską, może nie była jeszcze z tej półki wrażeń ekstremalnych, ale z powodu sypiących się dróg, gdzie drogowcy nie nadążali z łataniem kolejnych dziur, oraz dość mocno przechodzonego, z małymi wyjątkami, taboru - rzucało i trzęsło. o taborze będzie później, jak zdjęcia wygrzebię z netu. teraz trochę o zwyczajach. do jeżdżenia komunikacją miejską zwłaszcza w godzinach szczytu potrzebne były przede wszystkim dobrze rozpychające się łokcie. o ile z jednej strony kulturalnie panowie paniom wychodzącym po schodach rękę podawali, co było naprawdę dość częstym widokiem, o tyle z drugiej strony można było kompletnie zapomnieć o tym, że chcąc z autobusu wyjść, ktokolwiek się kawałek odsunie, chociażby na centymetr, żeby cię przepuścić. przy drzwiach to samo. wyjść, żeby kogoś wypuścić i wejść z powrotem, to zwyczaj kompletnie nieznany. masz człowieku łokcie, to się przepychaj. o kontrolach pisałem wcześniej. były bardzo częste. ale wystarczyło mieć w pogotowiu 200 lewa i w sumie bez słowa dawało się kanarowi zamiast biletu i w zamian dostawało karteczkę. nie wyglądało to tak, jak u nas, że było wypisywanie czegokolwiek połączone z wyjściem z autobusu, tylko całość trwała góra 5 sekund. czasem trafił się jakiś wrundel-służbista, ale wtedy wysupływało się z portfela banknot o możliwie dużym nominale np. 10000 i prosiło o 9800 reszty i delikwentowi para natychmiast schodziła.
bardzo często, zwłaszcza na węższych ulicach kierowca widząc kolegę nadjeżdżającego z naprzeciwka dawał po hamulcach i stawał na środku ulicy. ten drugi robił to samo. panowie otwierali okienka i zaczynali rozmowę. ponieważ nie szło ich wyminąć, w związku z tym za oboma autobusami tworzył się sznurek aut. u nas wkurzenie byłoby pewnie niebotyczne a tam nawet nikt nie zatrąbił. ot spotkał kumpla, widocznie musi pogadać. bo przecież "wreme bawno tecze" i nikomu się nigdzie nie spieszy
alternatywą dla transportu miejskiego były marszrutki. busiki jeżdżące po stałych wyznaczonych trasach, z numerami linii, a było ich coś ze 20, przypisanymi do tych tras, jeżdżące w kompletnie nieoznaczonych terminach. przyjechał, to był. startował z początku trasy dopiero albo jak się zapełnił, albo jak długo się zapełnić nie mógł i jednak wypadałoby już odjechać. cena za przejazd stała 500 lewa. szybsze od autobusów i można było z takiej wyskoczyć w dowolnym miejscu.
zawsze można też było liczyć w godzinach wieczornych i nocnych na prywatną inicjatywę podwożącą ludzi na łebka za cenę do dogadania. w dowolnej walucie wymienialnej również, aczkolwiek preferowane były dojczmarki. wychodziło sporo taniej od tych zawodowych. czasem jakieś tajnej akcji "policjant też człowiek" w ramach prywatnej inicjatywy można było również podjechać do domu radiowozem, o ile oczywiście punkt docelowy znajdował się w objeżdżanym rewirze. paliwo i tak służbowe, rewir objechany a i jeszcze było na śniadanie. zdarzyło mi się dwukrotnie, ale jak panowie usłyszeli dokąd chcę jechać, to stwierdzali, że jednak tak daleko nie mogą i niestety muszę poczekać na taryfę

sama jazda komunikacją miejską, może nie była jeszcze z tej półki wrażeń ekstremalnych, ale z powodu sypiących się dróg, gdzie drogowcy nie nadążali z łataniem kolejnych dziur, oraz dość mocno przechodzonego, z małymi wyjątkami, taboru - rzucało i trzęsło. o taborze będzie później, jak zdjęcia wygrzebię z netu. teraz trochę o zwyczajach. do jeżdżenia komunikacją miejską zwłaszcza w godzinach szczytu potrzebne były przede wszystkim dobrze rozpychające się łokcie. o ile z jednej strony kulturalnie panowie paniom wychodzącym po schodach rękę podawali, co było naprawdę dość częstym widokiem, o tyle z drugiej strony można było kompletnie zapomnieć o tym, że chcąc z autobusu wyjść, ktokolwiek się kawałek odsunie, chociażby na centymetr, żeby cię przepuścić. przy drzwiach to samo. wyjść, żeby kogoś wypuścić i wejść z powrotem, to zwyczaj kompletnie nieznany. masz człowieku łokcie, to się przepychaj. o kontrolach pisałem wcześniej. były bardzo częste. ale wystarczyło mieć w pogotowiu 200 lewa i w sumie bez słowa dawało się kanarowi zamiast biletu i w zamian dostawało karteczkę. nie wyglądało to tak, jak u nas, że było wypisywanie czegokolwiek połączone z wyjściem z autobusu, tylko całość trwała góra 5 sekund. czasem trafił się jakiś wrundel-służbista, ale wtedy wysupływało się z portfela banknot o możliwie dużym nominale np. 10000 i prosiło o 9800 reszty i delikwentowi para natychmiast schodziła.
bardzo często, zwłaszcza na węższych ulicach kierowca widząc kolegę nadjeżdżającego z naprzeciwka dawał po hamulcach i stawał na środku ulicy. ten drugi robił to samo. panowie otwierali okienka i zaczynali rozmowę. ponieważ nie szło ich wyminąć, w związku z tym za oboma autobusami tworzył się sznurek aut. u nas wkurzenie byłoby pewnie niebotyczne a tam nawet nikt nie zatrąbił. ot spotkał kumpla, widocznie musi pogadać. bo przecież "wreme bawno tecze" i nikomu się nigdzie nie spieszy



chociaż do ciebie na mladost to na linii bodajże 305 mercedesy często jeździły ![[Obrazek: 500821.jpg]](http://transphoto.ru/photo/05/00/82/500821.jpg)
![[Obrazek: 538046.jpg]](http://transphoto.ru/photo/05/38/04/538046.jpg)